Witam Kochani!
To mój pierwszy wpis z Japonii i najpewniej nie będzie ostatnim. W Polsce zostawiłam rodzinę, przyjaciół i znajomych, którzy co chwila próbują się ze mną skontaktować, pytając o podróż i życie w tym kraju. Niemożliwym jest mi odpowiadać wszystkim, więc łatwiej będzie opisywać moje "przygody na japońskim zadupiu" tutaj niż przez inne internetowe komunikatory. Jeśli jesteście ciekawi co, gdzie, jak i właściwie po co - zapraszam do czytania. Zacznijmy od początku.
JETLAG O JAKIM NIE ŚNIŁAM
8 października 2019 roku, czyli dokładnie 3 dni temu, przyleciałam do Japonii na roczną wizę working holiday. Leciałam około 10 godzin z Warszawy z lotniska Chopina do Tokio na lotnisko Narita polskimi liniami lotniczymi LOT. Pomimo okropnie nieprzyjemnego jetlagu, dzięki któremu jakiekolwiek resztki mojej orientacji zostały wysłane daleko w kosmos, nareszcie po upływie trzech dni udało mi się ogarnąć gdzie jestem i po co. Podczas tej podróży spodziewałam się wszystkiego począwszy od zgubienia się na lotnisku w Naricie po niezdążenie na samolot na Hokkaido, ale jetlagu nigdy nie brałam pod uwagę. Przez cały rok pracowałam na zmianie nocnej od 18 do 6 rano i wydawało mi się, że przecież skoro moje pory dnia są zmienione to zmiana godzin niczym mnie nie zaskoczy. Otóż myliłam się. Czułam się jakbym dostała obuchem w tył głowy. Wyobraźcie sobie sytuację: lecisz samolotem już kilka godzin, jest środek nocy, za oknem czarno, wewnątrz półmrok, ludzie wokół smacznie śpią i ty też co chwila przymykasz oczy, odchodząc w słodkie objęcia Morfeusza gdy tu nagle dosłownie znikąd atakuje cię środek dnia, a promienie słońca bezlitośnie próbują zrobić ci dziurę w oczach. Budzisz się natychmiast cały zdezorientowany i zaczynasz się zastanawiać kim jesteś i dokąd zmierzasz. Uczucie niebezpiecznie podobne do tego, gdy po syto zakrapianej alkoholem nocy budzisz się na srogim kacu natury egzystencjalnej i próbujesz dociec jak to się stało, że leżysz na wpół nagi w pokoju po brzegi wypełnionym ledwo żyjącym tłumem znajomych, których pierwszy raz na oczy zobaczyłeś kilka godzin wcześniej. Nie żeby mnie coś takiego rzeczywiście kiedykolwiek spotkało. Bywało gorzej, ale nie aż tak źle. Mówiąc krótko - zmiana czasu powaliła mnie na kolana dosłownie i w przenośni. To było okropne doświadczenie.
PODRÓŻ POLSKIMI LINIAMI LOTNICZYMI "LOT" - CZY WARTO?
Warto.
Jeśli miałabym opisać swój pierwszy lot z liniami lotniczymi LOT to muszę przyznać, że jestem naprawdę zadowolona. Każdy pasażer dostał cieplutki kocyk i poduszkę - wszystko czyste i zapakowane w folię. Na ekranach tabletów można było wybrać filmy w języku polskim, angielskim, chińskim, koreańskim i japońskim zarówno z lektorem, jak i z napisami. Propozycji filmowych było dość żeby umilić sobie całą drogę do celu. Rozdawano również słuchawki douszne - ja korzystałam z własnych, co oczywiście nie zmienia faktu, że polskie geny ziemniaka odezwały się natychmiast i te darmowe też wzięłam. Podczas lotu obejrzałam dwa japońskie filmy z angielskimi napisami. Niestety napisy były wgrane do filmu i nie można było ich usunąć nad czym ubolewałam, bo strasznie rozpraszały. Posiłki również mile mnie zaskoczyły. Przyznam, że podchodziłam do nich raczej nieufnie - zupełnie niepotrzebnie. W klasie ekonomicznej otrzymaliśmy dwa gorące posiłki. Jeden w Polsce - na krótko po odlocie z Warszawy, drugi w Japonii - zaraz po zmianie strefy czasowej. W obu przypadkach na jedzenie składało się jedno gorące danie + bułka + porcja pokrojonych owoców + duży kawałek szynki/polędwicy + masełko + warzywa typu papryka, ogórek, pomidor + sól i pieprz + coś słodkiego. Wszystko było smaczne, szczególnie mięso. Problemów żołądkowych - żadnych. Napoje przywozili do nas ze 4-5 razy, za każdym razem mając do wyboru wodę, cole/pepsi/oranżadę, herbatę, kawę, wino białe lub czerwone, itp. O każdej porze można było wstać i iść do obsługi np. po kubek z ramenem lub po coś innego do jedzenia/picia. Załoga była przesympatyczna. Stewardessy szybko zapamiętywały do kogo zwracać się w języku polskim, a do kogo w języku angielskim - niby drobny szczegół, ale bardzo wygodny, szczególnie dla kogoś takiego jak ja, kto często unika rozmowy po angielsku.
Cztery razy wlecieliśmy w strefę turbulencji nad Rosją i Chinami, o czym wcześniej powiadomił nas kapitan, ale ogólnie mówiąc - lot minął bez przeszkód. Zawiadomienia o locie dostawaliśmy w trzech językach: polskim, angielskim i japońskim.
KALKULACJA
Ja za swój lot do Japonii liniami LOT w obie strony (mam bilet powrotny na następny rok) zapłaciłam 3200 zł. Zwracając uwagę na fakt, że lot jest krótki i bezpośredni uważam, że cena jak i usługa jest warta tych pieniędzy. Przy czym warto zaznaczyć, że najtaniej wyjdzie kupić bilet w obie strony - jest ponad 500 zł tańszy niż w jedną. Bilet z Warszawy do Tokio w jedną stronę kosztuje prawie 3800 zł. Natomiast bilet powrotny z Tokio do Warszawy bezpośrednio LOT-em lub innymi liniami lotniczymi to jest już koszt około 6-8 tys zł, o czym zostałam poinformowana przy okienku podczas składania wniosku o wizę w ambasadzie Japonii w Polsce. Więc należy zapamiętać, że bilet powrotny kupiony w Japonii będzie około 2 razy droższy niż ten zakupiony w Polsce. Co więcej - jeśli lecicie do Japonii tak jak ja, na rok, i nie wiecie kiedy będziecie chcieli wracać (większość linii lotniczych na takie trasy nie posiada biletu otwartego) to wystarczy, że zrobicie rezerwację na najdalszy możliwy termin powrotu a po kilku miesiącach zmienicie rezerwacje na późniejszy lot. Ja swój bilet powrotny mam wykupiony na 30 sierpnia, ale po kilku miesiącach bez problemu mogę przebukować go na dalszy dostępny termin. Koszt tej usługi wynosi 100 euro, czyli jest to standardowa kwota.
W cenie którą zapłaciłam za oba bilety (3200 zł) zawarte było ubezpieczenie i opłata za dodatkową walizkę do 23 kg.
Z LOTNISKA NARITA W TOKIO DO LOTNISKA CHITOSE W SAPPORO
Przylatując do Tokio nie miałam większego problemu z odnalezieniem się na miejscu. Obsługa lotniska wiedziała co robić, kogo gdzie kierować aby wszystko poszło szybko i sprawnie. Jako gaijin zostałam skierowana do miejsca, gdzie musiałam okazać paszport i odbić odciski palców, a następnie z wypełnionymi dokumentami wjazdu (które zostały każdemu pasażerowi rozdane w samolocie) minąć srogo wyglądającą Japonkę, którą jedyne co interesowało to to czy wypełniliśmy pole z informacją o miejscu pobytu - nazwa hotelu lub adres zamieszkania. Jak ktoś nie wypełnił tego pola, nie wchodził. W zasadzie to wystarczy podać jakąkolwiek nazwę hotelu i miasto żeby kobieta nas przepuściła. Dopiero po tym wszystkim skierowano mnie do odprawy paszportowej. Podeszłam do młodego Japończyka - bo ja przeważnie podchodzę do płci przeciwnej, wiadomo, instynkt przetrwania, rozmnażanie się i te sprawy - przywitałam się i podałam paszport. Biedaczyna chciał dobrze, ale jak zobaczył wizę to zmarszczył brwi co ewidentnie oznaczało, że nie bardzo wiedział co ma ze mną zrobić i przekazał mnie swojej koleżance, która to już była chyba bardziej obeznana w tych sprawach. Bez problemu otrzymałam od niej kartę pobytu wraz ze wszystkimi instrukcjami co dalej i nareszcie mogłam iść odebrać swój 23 kilogramowy bagaż.
Czekałam i czekałam, i czekałam. A bagażu nie było. Poważnie zaczęłam się stresować, że gdzieś mi go zgubili lub zatrzymali, ale w końcu go zobaczyłam. Zleciał ociężale na taśmę jako jeden z ostatnich a ja odetchnęłam z ulgą. Wniosek? Jak oddajesz bagaż jako jedna z pierwszych to otrzymasz go jako jedna z ostatnich. Logiczne.
Przyleciałam do Tokio około godziny 9 rano, zanim przeszłam odprawę i wzięłam bagaż była już 10. Samolot do Sapporo miałam tego samego dnia o godzinie 14:20. Na szybko zrobiłam odprawę i próbowałam ogarnąć odloty. Nie ukrywajmy, lotnisko w Tokio do małych nie należy, a ja również nie jestem z tych przesadnie ogarniętych życiowo osób i puszczenie mnie samą w taką podróż to jak rzucenie się z samolotu z prześcieradłem zamiast spadochronu, czyli pewności nie ma, ale jest nadzieja, że może nie będzie aż tak źle. Tak więc gdy już trochę się pobujałam po terminalu odlotów i odkryłam, że no tutaj to raczej nic nie zdziałam to w przypływie błyskotliwości podeszłam do obsługi na lotnisku i pokazując im bilet elektroniczny zapytałam gdzie i skąd taki samolot odlatuje. Odpowiedziały mi również po japońsku, że muszę wyjść z budynku i iść na żółty autobus, który będzie po lewej stronie i tam wsiąść w numer 3. 第3.No ok, logiczna odpowiedź. Prościej już nie można. No to poszłam. Podeszłam do żółtego autobusu z numerem 2 i się pytam kierowcy czy stąd odjeżdża autobus z numerem 3, a on mi na to, że nie, że muszę iść na drugą stronę. Ok, to poszłam. Nie było tam żółtego autobusu. Nie wiem czy go tak mocno zaskoczyło to, że biały człowiek podchodzi i się go o coś pyta po japońsku, że przestał ogarniać w swoim własnym języku czy próbował się mnie delikatnie pozbyć, ale fakt faktem chcący lub nie wyprowadził mnie w pole. Wróciłam więc do punktu wyjścia i poszłam do informacji zapytać się o to samo o co pytałam wcześniej obsługę. Pani w okienku powiedziała mi dokładnie to samo co obsługa. No raczej. Przecież to logiczne. Wróciłam tam, gdzie stał żółty autobus. Tym razem stał tam żółty autobus z numerem 3. Dla pewności spytałam jeszcze czy ten autobus dojeżdża do terminalu numer 3. Dojeżdża. Super. Na wszelki wypadek spytałam się jeszcze czy powinnam mieć bilet czy jazda jest darmowa. Darmowa. Uff. Wsiadłam i pojechaliśmy.
Po 7 minutach byłam na odpowiednim terminalu i tu znowu zaczęły się schody. O ile odprawę do swojej linii lotniczej znalazłam bez problemu o tyle problemem okazał się bagaż. Duży miałam wykupiony do 25 kg (miałam 23 kg), z kolei mały wraz z torebką miał mieć nie więcej niż 7 kg (miałam 8 kg + około 2 kg w torebce). Więc zaczęło się przepakowywanie. Ostatecznie i tak miałam ponad 25 kg w dużym bagażu i ponad 7 kg w małym. Zobaczyłam jakieś automaty do odprawy biletowej, no to podeszłam. Odprawę miałam już zrobioną i wystarczyło pokazać bilet na telefonie ale wszyscy bawili się w te automaty to i ja się pokusiłam i wydrukowałam bilet papierowy, a co mi tam. Niestety jakimś cudem nie mogłam wydrukować oznaczenia na bagaż. Szkoda, a chciałam być taka światowa. Pobłądziłam trochę po lotnisku bo do otwarcia bramki na odprawę było jeszcze chwilę wolnego czasu. Zwiedziłam toaletę. Przeraziłam się ciepłą deską. Poważnie. Ja wiedziałam, że są podgrzewane i można podmyć sobie tyłek w akompaniamencie muzyki klasycznej, ale podgrzewana deska klozetowa, przeciwnie do tego po co ją stworzono, niechybnie obniżyła moje poczucie komfortu. Wszyscy to znamy, prawda? W Polsce ciepła deska w toalecie oznacza, że ktoś przed nami przynajmniej godzinę siedział i załatwiał sprawę, której wolelibyśmy nie widzieć a już na pewno nie poczuć. Aktualnie toaleta w moim mieszkaniu również posiada podobną funkcję (nie umiem jej wyłączyć) i chociaż mieszkam sama i wiem, że nikt inny z niej nie korzysta to wciąż gdzieś z tyłu głowy czuję jakieś nieprzyjemne uczucie dyskomfortu. Nie mniej jednak, gdy wstaje rano i wyruszam w podróż do zimnej łazienki ubrana niemal jak na Syberię w celu załatwienia sprawy naglącej to ciepła deska w porównaniu z zimną jest jak niebo a ziemia. Pomijając zachwyty i narzekania na temat japońskich kibli, wróćmy do próby przejścia przez odprawę na samolot do Sapporo.
Japończyk przede mną miał ponad 0.20 kg nadbagażu i musiał zapłacić dodatkowo ponad 2 tys jenów. Już struchlałam na myśl ile mnie obciążą za nadbagaż mający łącznie prawie 1 kg i taka zestresowana podeszłam do kobiety która miała za zadanie zważyć cały dobytek mojego nowego życia. Jak się spodziewałam waga wskazała więcej niż Japończykowi przede mną. Wymieniłam kilka uwag z babką po japońsku, ona się uśmiechnęła, powiedziała, że jest ok, mój bagaż posłała w siną dal i wołając już kolejną osobę z kolejki życzyła mi miłego pobytu. Uf, jak dobrze być gaijinem. Z podręczną walizką udałam się na odprawę biletową. Pierwsze w życiu jeny wydałam na wodę mineralną. W Japonii jest przepyszna woda mineralna. To jest niepodważalny fakt.
Swoją drogą, czy tylko ja tak mam, że przysypiam za każdym razem jak samolot wjeżdża na pas startowy i odrywa się od ziemi? Podobnie mam gdy zbliża się do lądowania. Chwilowa zmiana ciśnienia i od razu jakoś naturalnie robię się senna, po czym budzę się tuż po wylądowaniu. Jest to o tyle irytujące, o ile lubię moment wzbijania się w powietrze, a jeszcze bardziej lubię moment lądowania. Niestety za każdym razem go przesypiam.
Podsumowując, dwugodzinny lot do lotniska w Sapporo minął mi sennie. Obsługa uwzięła się na pasażerów i non stop nawoływali do kupienia lunchu lub innych pamiątek z lotu. Już poważnie miałam dosyć i leżąc na składanym stoliku na pół przytomnie zaczęłam cedzić przez zaciśnięte wargi po japońsku, że ja nie chce niczego kupować i w ogóle dajcie mi wszyscy spokój. Młoda Japonka siedząca obok mnie prychnęła śmiechem i odwróciła głowę w drugą stronę udając, że nie słyszała co mówiłam. Do końca lotu ja i ona waliłyśmy głupa że śpimy dzięki czemu stewardessy dały nam upragniony spokój.
TA WYSPA MNIE CHYBA NIE LUBI
No i najzabawniejsza część! Lotnisko w Sapporo przywitało nas srogim deszczem i jeszcze sroższym wiatrem. Zbliżał się tajfun. Odprawa poszła niezwykle szybko, a na lotnisku czekał już na mnie szef. W zasadzie facet na którego mówię "szef" nie jest moim szefem a raczej kimś w rodzaju menadżera hotelu, ale przyzwyczaiłam się już do myślenia o nim jako o swoim szefie ( tak czy inaczej mu podlegam), więc tak będę też go tu opisywała. Wymieniliśmy kilka uprzejmości, wziął jedną z moich walizek i poszliśmy na parking. Pogoda koszmarna. Ciężko to było przyrównać do jakiejkolwiek deszczowo-wietrznej pogody w Polsce. Szef pobiegł po samochód, ja zostałam z bagażami. Z lotniska wyszło starsze japońskie małżeństwo i zaczęło do mnie gadać, że ojej co za pogoda i w ogóle tragicznie. Więc przytaknęłam i zapytałam się czy to tutaj normalne. Powiedzieli, że nie, że zbliża się tajfun i w ogóle będzie niebezpiecznie po czym uśmiechnięci wybiegli na zewnątrz i rozpłynęli się za deszczową kurtyną. Świetnie, pomyślałam. Wspaniale. To miasto mnie nienawidzi.
Droga z lotniska Chitose do Shiraoi, gdzie mieszkam i pracuje, trwała nieco ponad 40 minut. Na początku starałam się prowadzić jakąś sensowną konwersację z szefem, ale po łącznie prawie 20 godzinach lotu z jetlagiem na karku mój poziom porozumiewania się po japońsku był tak tragiczny, że daliśmy sobie spokój. I wtedy się zaczęło. Tajfun ostro dał o sobie znać. Jechaliśmy autostradą i lało tak jakby niebo miało spaść na ziemie. Było niewiele przed 17nastą, niebo czarne a z oddali witały nas błyski. Przez przednią szybę samochodu nie było nic widać, wycieraczki nie nadążały ze zbieraniem wody. Przez dłuższy czas jechaliśmy, a właściwie pędziliśmy jakby goniło nas stado wygłodniałych wilków, nie widząc co mamy przed sobą. Miałam wrażenie, że szef polegał wyłącznie na oznaczeniach odblaskowych na drodze. Podziwiałam go, jechał szybko i pewnie. Czasami czy trudniejszych momentach gdy zupełnie nic nie było widać przed nami wzdychał lekko po czym rozpędzał się jeszcze bardziej. Stawiam stówę, że siedząc obok niego na miejscu pasażera wyglądałam jak przerażone pisklę. Nie opiszę słowami tego co wtedy czułam, bo nie da się tego opisać inaczej niż przy użyciu dosadnej polszczyzny, ale już powoli żegnałam się z życiem i modliłam się do swojego kota, który został w Polsce, żebym cała dojechała do miasteczka. I dojechałam. Jednakże byłam tak wykończona podróżą że, nawet pomimo szoku i strachu związanego z pogodą, która mnie została w Sapporo, przysnęłam w samochodzie.
DOTARŁAM I ŻYJE!
Nareszcie zbliżamy się do końca tego posta. Z szefem podjechaliśmy do hotelu, w którym pracuje w celu wzięcia kluczy do mojego mieszkania w akademiku. Przy okazji poznałam resztę obsługi i dwa przesympatyczne hotelowe owczarki podhalańskie - psy właściciela hotelu. Uzgodniłam z szefem, że jutro przyjdę ogarnąć sprawy związane z mieszkaniem, pracą itp. Na tym poziomie stresu i zmęczenia mój japoński praktycznie zaniknął. W Shiraoi było ciemno i strasznie. Zostałam podwieziona do mieszkania, szef pomógł mi z walizkami i wszedł upewnić się czy mam pościel itp, po czym pożegnaliśmy się i zostałam sama. Szybko się rozpakowałam, wzięłam gorący prysznic, zameldowałam się całej rodzinie że żyję, mam się dobrze i padłam na łóżko. Tej nocy nic mi się nie śniło, ale spałam nad wymiar dobrze.
Podróż z Warszawy do punktu docelowego w Japonii zakończyła się sukcesem. Uznaję to jako swój osobisty sukces. Tym samym, że chyba pierwszy raz w życiu tak naprawdę byłam zdana całkowicie na siebie i na swoje umiejętności językowe (na swoje umiejętności ogarniania rzeczywistości, czytania map czy zmysł orientacji w terenie nawet nie liczyłam). Ten test mam już za sobą. Teraz czeka mnie wiele innych, cięższych. Wciąż mam jednak dużo czasu, żeby całkowicie opanować korzystanie z japońskiego sedesu i nie czuć się jak przygłup.
Trzymajcie za mnie kciuki i do następnego wpisu!






0 komentarze: